Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka In. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka In. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2012

Apokryf o Muzyce


Na końcu chciałam powiedzieć, że był sobie bardzo ruchliwy Apokryf. Ugniatany był przez gąbczaste i różowe Języki pięciu hinduskich kobiet. Języki te były bardzo stare, w sumie przeżyły około pięciuset lat.
Apokryf skakał po nich, razem z hinduską Tradycją, od wieków nakazującą starości opuszczać przed śmiercią dom rodzinny. Hinduskie Kobiety zadecydowały umrzeć razem. Wybrały piękną łąkę, na której ich synowie umieścili pięć plastikowych krzeseł oraz lodówkę pełną wyskokowych napojów. Staruszki bardzo szybko je wypiły i pospadały z krzeseł na miękką trawę. Pośmiały się chwilę, a potem spokojnie umarły.
Kiedy Apokryf siedział bezczynnie na trawie, przyszedł wnuk jednej z kobiet. Chciał prosić staruszki o powrót do domu. Jednak łąka była całkiem pusta. Dlatego otworzył usta ze zdziwienia.  Apokryf skorzystał z okazji i wskoczył na jego Język.
Język ogarnęła gwałtowna potrzeba opowiedzenia Apokryfu, więc urządził grilla i zaprosił kilka Innych Języków. Kiedy Żołądki się posiliły, a Języki rozsiadły wokół ogniska, Język opowiedział pozostałym Apokryf… Apokryf o Muzyce.
Suketu był wesołym chłopcem i miał fajnych rodziców. Nie przeszkadzało mu, że urodził się głuchoniemy. Opiekowała się nim Cała Wioska i wspólnie z rodzicami, rozpieszczała go do Granic Niemożliwości.
Pewnego dnia w życiu Suketu pojawiło się Marzenie. Stało się to podczas koncertu słynnego sitarzysty. Suketu bardzo uważnie przyglądał się słuchającej go twarzy Całej Wioski. Pod wpływem Muzyki wszystkie barwy oczu połączyły się w jedną, lśniącą całość. Suketu wiedział, że widzą Muzykę, której on sam nie jest w stanie zobaczyć. Wówczas pojawiło się Marzenie Suketu, żeby zobaczyć Muzykę.                  
Suketu nie należał do chłopców, którzy marzą bezczynnie. Rozzłościł Całą Wioskę, kiedy ukradł muzykowi sitar. Przyłapano go z nim w lesie. Przykładał palce do strun i szarpał je bez ładu i składu. Próbował naśladować wygląd grającego muzyka. Sitarzysta wcale się na chłopca nie obraził, wręcz przeciwnie, zanim opuścił Całą Wioskę podarował chłopcu swój instrument.
Suketu ćwiczył dniami i nocami, ale poddał się, kiedy zobaczył twarz Całej Wioski. Była skwaśniała i niepokojąco skrzywiona.
Razu pewnego Suketu przechadzał się brzegiem rzeki. Myślał i myślał, aż nagle zdał sobie sprawę z faktu, że słyszy własne myśli. Pierwszy raz w życiu uświadomił sobie, co to znaczy słyszeć i co to jest dźwięk. To niesłychane odkrycie, naprowadziło chłopca na trop instrumentu, na jakim powinien rozpocząć naukę gry. Doszedł do wniosku, że jedyną dla niego możliwością jest samego siebie traktować jako źródło dźwięku.
Z początku słuchał swych organów wewnętrznych, których brzmienie podzielił na dane układy. Krwionośny charakteryzował się przytulnym mrowieniem z wyrazistym biciem serca. Puls zwalniał lub przyspieszał w zależności od tego, co Suketu robił:  biegł, chodził czy stał. Z dźwiękiem układu krwionośnego powiązany był szczególnie układ oddechowy, którego pauzowane wyszumienia harmonizowały z rytmem serca Suketu. Chłopiec pojmował Muzykę jako przestrzeń szumowiska, gdzie barwa, kształt i forma dźwiękowości wynika z regularności lub nieregularności działań, jakich się podejmował.
Największą przyjemność sprawiało Suketu wsłuchiwanie się w układ pokarmowy. Wydawał on różnego rodzaju rozwibrowane dźwięki. Odkrył, że cecha ta łączy się ściśle ze światem zewnętrznym. Jedzenie mamusinych potraw i przysmaków powodowało jednostajny szum połączony z punktualistycznym rytmem. Niestety nader ciekawski Suketu sprawdzał, niejednokrotnie, jakie możliwości dźwiękowe powoduje połykanie czegoś obcego wszelkim układom pokarmowym świata. Było to poznanie trudne, droga przez najcudowniej brzmiącą mękę. Zjadał niezbyt duże kamienie, kęski zmokłego od deszczu drewna, znaczne ilości piasku, mułu rzecznego, liście, elementy blaszane, plastikowe, a nawet niesmaczne tkaniny. Na efekt tego typu eksperymentów, nie trzeba było długo czekać. Chłopiec prawie zszedł z tego świata, co szczególnie wiązało się z układem wydalniczym.
Tajemnicę Muzyki poznał Suketu na stole operacyjnym. Kiedy umierał, po raz pierwszy w życiu, usłyszał głos matki. Głos ciepły, dobry, kochający, dzięki któremu wydostał się z tunelu ze światełkiem.
Chłopiec długo leżał w szpitalu i miał czas, żeby sobie wszystko przemyśleć. Doszedł do wniosku, że samo słyszenie dźwięków  nie wystarczy, żeby usłyszeć Muzykę. Dopiero uczucie, jakie się pojawia na skutek słyszenia, sprawia, że powstaje dla niego Muzyka. Słysząc swój układ pokarmowy Suketu czuł ciekawość i ból. Zrozumiał, że sens Muzyki pojawia się dopiero w konfrontacji z Jego Uczuciem. Tajemnicą Muzyki jest barwa Uczucia jakie wywołuje.
Głos Matki był dla Suketu Muzyką kojącą, która uratowała mu życie. 

In   

piątek, 30 marca 2012

Love Story

Na końcu chciałam powiedzieć, że była sobie Matka Agresja, co miała duże, puste, zielone oczy. Uwielbiała nimi oglądać miasta, szczególnie pasy dla pieszych i piętrzące się kilometrowe korki samochodowe.  Dni spędzała we wszelkiego rodzaju urzędach. Zaś w nocy odwiedzała sklepy całodobowe i bary. Czasami przesiadywała w parkach. Było w nich bardzo cicho, więc z nudów łapała robaki, pszczoły i muchy. Więziła je w swoim wielkim worze przekleństw, który zawsze nosiła w ustach. Od częstego wrzasku wydęło jej policzki, tak że przypominała z twarzy chomika, który wpakował do pyska wszystkie ziarna z miski.

Pewnego dnia Matka Agresja spotkała w monopolowym Bezszyjnego Dresa. Zakochała się w nim wówczas, gdy wyrwał jej z głowy, pokaźny pukiel włosów. Ich związek był bardzo burzliwy, ale też bardzo trwały. Narodziło się z niego wiele synów i córek: Zawiść, Chęć Mordu, Nienawiść, Podłość, Okrucieństwo, Ksenofobia, Pycha, Pogarda i Imbecylizm. Matka Agresja bardzo kochała swoje dzieci. Była z nich szalenie dumna i pielęgnowała ich pasje.

Ale zdarzyły się jej również porażki. Mianowicie niektóre z jej dzieci okazały się okropnymi dziwolągami.  Przypadku Rozpaczy i Współczucia nie mogła znieść i oddała je do sierocińca.

Sierociniec stanowił niezmiernie skomplikowaną budowlę, która miała ogromną piwnicę, głęboką na co najmniej sześć pięter, kolejne sześćdziesiąt sześć pięło się w górę. Przy pochmurnej pogodzie szczytu sierocińca nie było widać.

W sierocińcu opiekunem był Porządek. Wszystkie sieroty trzymał w osobnych pokojach. Jedzenie dla dzieci dostarczane było przez myszy i krety, które zostały wytresowane przez Porządek. Było przy tym bardzo dużo pracy, ale Porządek stworzył świetnie funkcjonujący system. Gryzonie podzielone zostały na grupy. Każda z nich odpowiedzialna była za dostarczenie żywności na określonym piętrze.

Głównym składnikiem pokarmu był tłuszcz z Wytrwałości oraz sok z Samotności. Tłuszcz z Wytrwałości smarował Porządek na chlebie razowym, zaś sok z Samotności dodawał do kawy zbożowej. Tak przygotowane danie pakował w plecaki, które zakładał na grzbiety myszom i kretom. Każdego dnia najszybsze myszy wyruszały na sześćdziesiąte szóste piętro. Zaś najsilniejsze krety pędziły do najniżej położonych pokoi sierocińca. Czasem się zdarzało, że któraś grupa nie docierała do dzieci na czas. Z braku świeżej porcji tłuszczu z Wytrwałości i soku z Samotności, bywały bardzo niegrzeczne.

Rozpacz z głodu potrafiła wyć i samo się okaleczać. Współczucie słysząc te wrzaski też zaczynało wrzeszczeć, żeby Rozpaczy ktoś pomógł i dla większego efektu rzucał krzesłem o zaryglowane drzwi. W takich chwilach latorośle odwiedzała Matka Agresja.  

Ale dzieci jak to dzieci, w końcu dorastają. Również Rozpacz i Współczucie dorośli i zostali wypuszczeni na wolność.       

Drogi rodzeństwa rozeszły się.

W pierwszych miesiącach dorosłego życia Rozpacz nie miała pomysłu co ze sobą zrobić i bezsensownie błąkała się po ciemnych zaułkach. Ale pewnego słonecznego dnia pojawiła się na jej drodze Nadzieja i została jej przyjaciółką. Nadzieja wiodła swoje osobne życie, więc często Rozpacz opuszczała.
Na jednym ze spotkań dwie przyjaciółki wybrały się na dyskotekę. To wtedy Rozpacz ujrzała Spokój. Spodobało jej się jak nonszalancko podpierał ścianę. Prawdę powiedziawszy od razu się w nim zakochała. Lecz Spokój nie odwzajemniał jej uczucia i Rozpacz o tym dobrze wiedziała. Mimo tego postanowiła Spokój uwieść. Poszła na łatwiznę i go po prostu upiła. Spokój zapłodnił Rozpacz w toalecie. Niestety była to jednorazowa przygoda i Spokój, by się od Rozpaczy uwolnić, emigrował do Ameryki Południowej.
Rozpacz powiła bliźniaki Frustrację i Irytację, które oddała do sierocińca. Sama zaś wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, gdzie czasem odwiedzali ją Nadzieja i Współczucie.

Inny, szczęśliwy los przeznaczony był dla Współczucia. Kiedy przechadzał się po mieście, trwała akcja zbiórki pieniędzy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. To właśnie wtedy Współczucie poznał Bezinteresowność. Związali się ze sobą na całe życie. Mieli dwójkę dzieci: Zaufanie i Miłość.   

In

czwartek, 22 marca 2012

Skąd się wziął Farny Koniec?

Na końcu chciałam powiedzieć, że jesteśmy super wytrzymałym i super ciekawskim gołębiem. Sensem naszej egzystencji jest obserwacja poczynań Babci Kulki –  szanownej rodzicielki Naszej Kochanej Mamy. Kochana Mama została poczęta w roku 1954. Jak wiadomo, był to czas, kiedy biały orzełek dzierżył w łapce sierp i młotek. Ich twarde i ostre końcówki wbijały się w życie Naszych Ubogich Obywateli, w tym również Babci Kulki.

Od słowa do słowa, od czasu do czasu, lecimy sobie cichutko. Machamy skrzydełkami. Powietrze jest mroźne. Chleba dziś nikt nam nie podrzucił. No i w efekcie, zmęczyliśmy się w tym gołębim, słabym ciałku, więc przycupnęliśmy sobie na gałązce. Było to niedaleko nędznej wioseczki zwanej Farny Koniec. Patrzyliśmy sobie dookoła nieświadomi niczego. Krajobraz był bardzo skromny –  kościsty lasek i zasypana śniegiem ścieżyna. Aż tu ni stąd ni zowąd, narodziliśmy się jako obserwatorzy. Było to w chwili największej nudy. Nagle, na skostniałym horyzoncie wypatrzyliśmy sylwetkę kobiety niosącej małe dziecko i walizeczkę.

Nasze ospałe spojrzenie przypadkowo wylądowało  na roześmianej twarzyczce Naszej Kochanej Mamy. Jej kryształowe oczętka miały w sobie więcej życia niż my kiedykolwiek mieliśmy. Gołębie serduszko wzruszyło się co nie miara i pokochało tego ludzkiego skrzata od pierwszego wejrzenia. No i tak się stało, że trapiona ciekawością nasza gołębia wielokrotność poszybowała za tak uroczym wizerunkiem życia, ułamkiem wiosny w środku srogiej zimy. Mimo że tego jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, nasze gołębia egzystencja na zawsze związała się z życiem Babci Kulki. 

Babcia Kulka, w owym czasie, nie była wcale, a wcale okrągła. Była postawną kobietą i co od razu rzuciło się nam w oczy, że ma wzrok, którego nie powstydziłby się żaden dyktator. Marszowy krok Babci Kulki echem odbijał się w miarowym skrzypieniu śniegu. Był to krok osoby, której jest zimno i ciężko, ale z drugiej strony jest jej również ciepło, bo ma cel i nadzieję na lepszy los. 

Zaplecze emocjonalne Babci Kulki umieszczone było głęboko w klatce piersiowej. Gnieździły się tam uczucia niesmaku i siarczystego rozczarowania, które było związane z zachowaniem Niepewnego Dziadka.
Niepewny Dziadek, szanowny małżonek Babci Kulki pracował na kolei, był pomocnikiem maszynisty i pełnił funkcję palacza w podstarzałych, poniemieckich parowozach.
Codziennie po godzin kilka wrzucał drewienka do kotłowego wirka. Ciężka to praca ciężka była, tak że niepewnego dziadka nieszczęsną duszę doszczętnie wypaliła. By przetrwać w ogniu chadzał do cienia i potoczystą wódką zalewał cierpienia. Babcine marzenia, o szczęśliwych zakończeniach, prysły w kręgu bolesnego krążenia po wioskowych spelunkach, gdzie nieraz patrzyła na męża długo, nie mogąc odróżnić go od reszty towarzystwa, bo pili wszyscy jak jeden mąż stanu, od rana do nocy w przepruwaną ciężką robotą nieskończoność.

Morze łez wylała z siebie Babcia Kulka z powodu Niepewnego Dziadka, który często zamiast wypłaty dostawał wódeczek kilka. Zaplanowany przez nich wyjazd, na zachód Polski, w poszukiwaniu lepszego jutra, przykrywały coraz grubsze warstwy codziennego oczekiwania Babci Kulki na odzyskanie rozumu przez Niepewnego Dziadka. Na dwa miesiące słuch po nim zaginął. Dzielna Babcia Kulka postanowiła uwolnić się od przykrego obowiązku czekania. Podjęcie decyzji o opuszczeniu Farnego Końca, gdzie się urodziła i wychowała, wyobrażamy sobie następująco.

Stało się to przy stole pokrytym, słabiutkim światłem domowego ogniska. Wtedy to, pochylona nad nim Babcia Kulka, postanowiła zostawić, bijące tylko dla niej, pijane serce Niepewnego Dziadka. Ale nie tylko podjęła decyzję odejścia. W wielkim wzburzeniu, chwyciła również leżące na stole dokumenty Niepewnego Dziadka i z impetem wrzuciła je do rozpalonego kominka. Kiedy już się doszczętnie spaliły, furia Babci Kulki przeistoczyła się w głęboką ulgę.           

Śledząc dwie nowo spostrzeżone postaci jako gołąbek usiedliśmy sobie na dworcowym, blaszanym dachu i ogarnął nas oczopląs. W naszych gołębich źrenicach odbijał się obraz szarawego i zziębniętego tłumu rozciągającego się jak zaraza wzdłuż peronu. Opary z ludzkich oddechów unosiły się nad dworcem niczym jeden smoczy oddech. W swej niepoliczalnej rozpaczy zgubiliśmy przedmiot naszej wytężonej obserwacji. Gdzieś wśród szczelnie opatulonych futrzanymi czapami głów i czarnych, zniszczonych płaszczy wierciła się Kochana Mama na rękach wymęczonej Babci Kulki.
Poniewczasie dostrzegliśmy pędzącą, donośną lokomotywę, która ze świstem w ogólnym zadymieniu i zduszeniu wjechała z łaskotliwym stęknięciem na peron i rozkraczyła się na torach. 

Jako że nikt nie wysiadał, kilka wieńców ludzkiej tłuszczy zaczęło się gramolić do środka zabłoconych wagonów. Pohukiwania maszynistów i krzyki pasażerów wytworzyły ogólny harmider, który zmniejszał się wraz ze znikającą ludzką masą w pociągu.
Nasze gołębie serduszko mocno waliło o pióra, lecz mózg, wielkości małego orzeszka, podpowiedział by podjąć wyzwanie i polecieć za blaszanym potworem, który powoli, jakby od niechcenia, zaczynał skubać tory i przetaczać się niczym mucha w smole.
Nasza niepewność i związane z nim poczucie zagubienia, że oto po raz pierwszy w życiu opuszczamy nasz dom były równie wielkie jak niepewność Babci Kulki wciśniętej w korytarz pomiędzy wagonami, walizami i innymi podróżnymi. Jednakże wysiłek latania jaki musieliśmy podjąć ulżył naszym wszelkim dolegliwościom psychicznym i uczynił z nas gołębia o żelaznej woli. 

Babcia Kulka wraz z Kochaną Mamą umościły się w jakiejś z trudem znalezionej niszy, w zagęszczonej przestrzeni pociągu, a potem usnęły przytulone do siebie tworząc dostępny powszechnie obrazek, ikonę wszystkich czasów.

W czasie podróży żywiliśmy się okruchami chleba, które rzucali nam bezdomni alkoholicy na pomniejszych dworcach polskich miasteczek. Wielokrotnie doświadczyliśmy oczopląsu, gdzie szarość zlewała się z czernią, a nasz szary łepek zaczynał siwieć. Z czasem nasze zdolności percepcyjne powiększyły się do tego stopnia, że miast widzieć poruszające się w afekcie, fermentujące na zimnie plamy, zaczęliśmy dostrzegać pewne wyróżniające się kształty i wizerunki, szczególnie przy ładnej pogodzie. 

Gdy zamiast rzęsistego deszczu ze śniegiem, nasze skrzydełka zaczynały przygrzewać promienie słoneczne poczynaliśmy z nadzieją poszukiwać Kochaną Mamę. Zasiadywaliśmy wówczas na dachu pociągu i zaglądaliśmy do okien wagonów. Razu pewnego w przypływie entuzjazmu wlecieliśmy do środka pociągu i przelecieliśmy korytarzem nad głowami pasażerów, co spowodowało wśród nich nieznośny tumult. Nie przejmując się tym wcale, wykonaliśmy sobie jeszcze kilkakrotnie tego rodzaju manewry. Jednakże nasze wysiłki spełzały na niczym.

Przełom w poszukiwaniach zaskoczył nas w nader przyjemnej sytuacji, kiedy to skubaliśmy sobie podgniłe okruchy z czyjejś smakowitej bułki i wygrzewając się na słońcu, podczas dłuższego postoju, spozieraliśmy sobie jak zwykle na boki, aż nagle w polu naszego widzenia ukazała się nam znana sylwetka Babci Kulki. Przepełnieni wiosenną radością poszybowaliśmy za nią szybciutko.

Okazało się, że celem jej podróży było miasteczko, gdzie obok osiedli z przygnębiającymi blokowiskami mnóstwo było szeregowych kamieniczek. Właśnie w jednej z nich, na tle wieczornej mgły zniknęła wraz z Kochaną Mamą Babcia Kulka, by ukazać się po chwili w oknie w poświacie światła lampy. Co bardzo nas ukontentowało na wysokości tegoż wyjątkowego okna rósł przepiękny, rozłożysty orzech gdzieśmy sobie umościli piórka i zasnęli snem sprawiedliwego.

Poranek przywitał nas nader przytulnie dzięki delikatnym promieniom słoneczka, których łagodny kożuszek okrył nasze zziębnięte skrzydełka welonem świeżego ciepełka. Rozprostowaliśmy nasze gołębie kosteczki i w wielkim ukontentowaniu wraz z nowymi sąsiadami wróblami zaczęliśmy sobie przyjaźnie gruchać. Nasze radosne śpiewy wyzwoliły z nas tyle entuzjazmu, żeśmy się trochę odrealnili i zapomnieli, a z naszej wielkiej ekstazy wyrwał nas dopiero dźwięk skrzypnięcia otwieranego okna, które Babcia Kulka uchyliła, żeby wysypać smakowite okruchy ze śniadania na parapet. 

Kiedyśmy się łapczywie posilali, mieliśmy możliwość obadania wnętrza mieszkania naszych dzielnych przyjaciółek. Trzeba przyznać, że była to nader skromna dziupla, której co najmniej połowę przestrzeni zajmował żółtawy piec kaflowy. W czasie naszego rekonesansu Babcia Kulka skrzętnie dokładała do niego drewienka, Kochana Mama z rozczochranymi włoskami leżała sobie na wąskim tapczanie i wyciągając przed sobą rączki oglądała ze skupieniem swoje pulchne paluszki. W drugiej części pomieszczenia stał okrągły stół z ciemnobrązowego drewna i jedno patykowate krzesło na którym Babcia Kulka położyła swoją malutką walizkę. 

Tak to było, mniej więcej. Ale ta historia nie ma końca? Nie ma. 

PS Co wpadła na pomysł, żeby nazwać Spółdzielnię Farnym Końcem po tym, jak zobaczyła dokument, z którego wynikało, że Babcia Kulka urodziła się właśnie tam. 

In

środa, 21 marca 2012

Smutek Kuzyna Belzebuba


Na końcu chciałam powiedzieć, że daleko, daleko za osiedlami, blokowiskami i jeszcze dalej za Biedronkami, Nettami i Lidlami był sobie Kuzyn Belzebuba. Niestety miał on okropnie zły humor i chciał pobyć naprawdę, naprawdę sam. I znalazł sobie taki jeden, pusty, podziemny Garaż, który dawno, dawno temu zamknięto. Bo Garaż się straszliwie przemęczył i postanowił do siebie nie wpuścić, już nigdy więcej, choćby jednego, najmniejszego samochodu, należącego do klienta supersamu. Ale Kuzyna Belzebuba Garaż od razu polubił i podniósł mu nawet bramę wjazdową, tak że sobie Kuzyn Belzebuba bez problemu wjechał i zaparkował pod filarem i gorzko, gorzko zapłakał. Jak na złość, z jego potoczyście spływających łez powstało bardzo, bardzo liczne towarzystwo tak zwani Mali Kuzyni Belzebuba. I tak ich dużo, dużo się narobiło, że się nie mieściły w samochodzie i Kuzyn Belzebuba je na zewnątrz wypuścił. Nie był to jednak dobry pomysł, bo rozpierająca je energia sprawiła, że w błyskawicznym tempie rozpierzchły się w garażowym lesie filarów i tak głośno, głośno krzyczały, że Garaż się bardzo, bardzo wkurzył. W efekcie mury zaczęły syczeć i stękać, a strop złowrogo skrzypieć. Zrezygnowany Ojciec Kuzynów Belzebuba wysiadł z westchnieniem ze swojego samochodu i zrobił dwa kroki w tył i cofnął się do czasu, gdy był jedynie Kuzynem Belzebuba. Mrugnął wówczas jednym okiem i zaraz potem siedział w fotelu w poznańskiej Filharmonii w ostatnim rzędzie. Jego wybór padł na I Kwintet fortepianowy Grażyny Bacewicz, a dokładniej na jego ulubioną część trzecią. Dzieją się tam rzeczy dla Kuzyna Belzebuba nieoczywiste i taka mu się interpretacja zawsze nasuwała: gęsta faktura linii melodycznej przypomina grubo nałożoną, niebiesko czerwoną farbę, która wolno spływa po rozpadającej się ścianie. W melodii pojawia się bolesne połączenie basu i sopranu w nierozerwalną jedność. I Kuzynowi Belzebuba wydaje się zawsze, że to niebo w piekło się nieustannie przemienia. Lecz nagle Kuzyna Belzebuba ogarnęła trwoga, bo ludzie na sali prędko go wyniuchali i ich wstrętne nosy do góry się uniosły. Zobaczył, że w najbliższych mu rzędach wybuchły kłótnie. Starsze panie wyjęły z torebek perfumy i zaczęły się wzajemnie opryskiwać, zaś ich mężowie poczęli się ciągać za krawaty. Ogólna wrzawa nie przerwała koncertu, bo Kuzyn Belzebuba uniósł swoją włochatą łapę i sprawił, że ani on, ani kwintet jej nie słyszeli. Mimo tego, wykonawcy również ulegli obecności Kuzyna Belzebuba i zaczęli grać kompozycje Theodora Adorno. Kuzyn Belzebuba z przyjemnością się w nią wsłuchał, bo była to opowieść o tym jak piekło na ziemi wygrywa. Wtem jednak ku wielkiej Kuzyna Belzebuba rozpaczy, zaintonowała się muzykom spontanicznie Messiaenowska chała "Kwartet na koniec czasu", co jego Kuzyna Diabła, w 1941 roku, do szału w Görlitz doprowadzała. 

 
Według belzebubiej rodziny o małości kompozytora świadczy cała modalna harmonia, w niebiańskich promieniach skąpana. A najgorsze dla Kuzyna Belzebuba było to, że muzycy zagrali piątą, szóstą i siódmą część utworu, które są Tribute to Jezus Chrystus. I kiedy do diabelskich uszu dotarła kulminacja części siódmej, w której wiolonczela dźwięk unosi na najwyższe tony, to poczuł, że mu na skórze ospa niebieska wyszła, więc wyskoczył z Filharmonii jak oparzony. Mimo to ospa nadal się w belzebubim ciele rozwijała, tak że go w końcu całkiem rozdymała i uleciał jak balon. Leciał i leciał bardzo, bardzo długo, aż w końcu doleciał pod bramy nieba, w których ukazała się twarz Świętego Piotra. Zdziwiony widokiem Kuzyna Belzebuba z prędkością światła otworzył swój złocisty kajecik i go przejrzał. Co oczywiste, Kuzyna Belzebuba nie było na liście, więc Święty Piotr go wepchał pod bramy czyśćca. Lecz tam mu oznajmiono, choć wcale nie pytał, że nie ma miejsca dla nowo przybyłych i go transportowano do zatłoczonego piekła.

In

sobota, 10 marca 2012

Bajka In

Na końcu chciałam powiedzieć:
Normalna
była sobie Normalna i poszła na kurs krawiecki, a oni do niej, że za bardzo się wyróżnia, więc spaliła posadzkę rumieńcem, który podskoczył jak oparzony po nieudanej próbie zniknięcia. Leżał tam samotnie do wieczora, ale przyszła sprzątaczka i go zmiotła do kosza. Rano przyjechała ciężarówka i nim się rumieniec obejrzał, wylądował na śmietnisku. Po kilku dniach przemęczenia, przygranął go, taki jeden pijaczek, ale spotkała go żona i tak bidaka sprała, że wylądował na intensywnej, a rumieniec umyła mała, pulchniutka pielęgniarka o basowym śmiechu. Kiedy tak się śmiała, on pokochał jej tony i zniknął.
Ale mamo taka bajka jest mała, a ja bym chciała, taką okrągła i czerwoną, co się prześlizguje pomiędzy wronami.
Był sobie aniołek-murzynek i lubił lody waniliowe, ale Bóg ciągle karmił go czekoladowymi. Więc siedział tak na chmurce i myślał o diable. Ach, on na pewno ma lody, polecę go spytać czy mi da moje ulubione. Ale nie dotarł do celu, bo nie mógł się przecisnąć między wrony, a one wciąż popychane, w końcu się zdenerwowały i go zadziobały. Aniołek krwawił śmiertelnie i gdy wyzionął ducha, znowu do nieba trafił. Bóg tak był wzruszony cierpieniem małego, że w nagrodę pogłaskał go po główce, a ten spalił rumieńca, który niegdyś pokochał pielęgniarski śmiech. I żyli długo i szczęśliwie.
Pokruszona siedziała w sreberku i myślała: albo kupię srebrną sukienkę albo pobawię się w berka.
Poruszona trzymała śmierdzące skarpetki.
Pokraczna dusiła kurczaka.
Promienna odbiła chłopaka swojej przyjaciółki.
Padnięta usłyszała ładną melodię.
Połknięta pierdnęła.
Pęknięta złapała mechanika za jaja.
A ty co zrobiłaś by zmienić swoje życie, kup suszarkę firmy LEPSZA PRZYSZŁOŚĆ i wysusz sobie lewą półkulę mózgu. Pytaj w punktach sprzedaży czy jesteś piękna.
Odlot za pięć lat, proszę pasażerów o cierpliwość.
Bóg pyta: A gdzie są moi rodzice?
A aniołek spada na cztery łapy i zamienia się w szczura i straszy pasażerów. Bo oni żerują.
A teraz żeglują wśród silikonowego piasku.
W bajki wdziera się cywilizacja. Tak bardzo są zanieczyszczone, że miauczą koty na drzewach.
Liść opadł i złapała go smutna wiewiórka.
A bóbr na to: kiedyś budowałem tamy, a teraz je kupuję.
Dupa mówi do dupy.

In