Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Platform 1 Takes off


Na końcu chciałam powiedzieć, że sprawdziłam termin take off, który w języku potocznym znaczy mnóstwo rzeczy, wśród nich „przyjmować się, chwytać”, ale także „brać wolne” czy „parodiować” – „take-off” to na przykład parodia. Czyli może chodzić o zabawowy aspekt płyty. To wpisywało by się w długą historię zabawy na scenie przez takie choćby zespoły jak Clusone 3, All Ears, czy ostatniego albumu Motif. W tych ostatnich jest zabawa konwencją free jazzową połączoną pięknym, melodyjnym graniem. Czasem zdarza mi się włączyć płytę i od razu ją wyłączyć w lekkim przestrachu kaskadą dźwięków i podobnie było z zespołami, które wymieniłam, po czym okazało się, że słuchanie ich to znakomita zabawa. Tu można by rozwinąć rozważania niebotycznie, sążniście argumentować itp., ale faktem jest, że najprawdopodobniej chodzi o to, że formacja Platform 1 po prostu startuje. To wyjaśniałoby kształt na okładce ich płyty.


Miałam okazję słyszeć zespół na koncercie dzięki ludziom, którzy tworzą NWA i dla mnie tamtego wieczoru głównym bohaterem koncertu był Steve Swell. Koncert był wspaniały i zachwycił nie tylko mnie, ludzie pytali później czy są już jakieś nagrania zespołu.
   

Mam taki problem, że jak próbuję znajomych, głównie znajome, zachęcić do muzyki Kena Vandermarka, bardzo dziwi mnie, że nie zawsze dają się przekonać. W szeregu projektów, w których występował, mimo że czasem zadmie ostro w saksofon czy klarnet, jego muzyka pełna jest energii, a mnie zawsze poprawia nastrój. Choćby w formacji DKV i jej świetnym dwupłytowym albumie Trigonomerty czy ostatnim boksie wydanym przez wydawnictwo NotTwo, gdzie prezentowana muzyka jest dla mnie rewelacyjna. Pamiętam, że do jego muzyki przekonałam się dzięki obecności na koncercie. Zresztą jakiś czas temu rozmawiałam z dziewczyną, której chłopak słucha free jazzu, do którego ona nie ma cierpliwości, bo gustuje w muzyce klasycznej. Poszła z nim na koncert Ab Baarsa, Kena Vandermarka i Paala Nilssena-Love czyli formacji Double Tandem. Jak powiedziała, była pełna najgorszych przeczuć, ale okazało się, że widząc muzyków, obcując bezpośrednio z tym co grają, bardzo jej się koncert spodobał. Pamiętam też jak wyciągnęłam znajome na koncert Sonore, czyli Petera Brötzmanna, Kena i Matsa Gustaffsona. Trochę się bałam, że mi zmyją głowę, ale okazało się, że bardzo im się podobało. Wspominam o tym dlatego, że szykują się w 22 i 24 lutego, pewnie w Dragonie, ciekawe koncerty, w tym koncert KV.


Ale wróćmy do Platformy. Tworzą ją Magnus Broo na trąbce, Steve Swell na puzonie, Ken Vandermark na saksofonie i klarnecie, Michael Vatcher na bębnach i Joe Williamson na kontrabasie. Co mi się podoba w Kenie Vandermarku to fakt, że mimo iż ma kontakt z muzykami, z którymi często występuje i nagrywa, wciąż zmienia składy i gra z nowymi muzykami. W ogóle u jazzmanów podoba mi się to, że wciąż próbują nowych rozwiązań brzmieniowych, że doświadczeni lub znani grają z młodymi lub mniej znanymi oraz ich dynamiczność. 


Płyta składa się z siedmiu utworów, pierwszy  - Tempest - to mocny akcent jak to zwykle bywa  czyli chłopaki dają czadu, choć w pewnym momencie zwalniają i czarują dźwiękami. W tym utworze bardzo ciekawe solówki mają Steve Swell i Magnus Broo.


Drugi czyli Portal #33 jest na początku bardzo przystępny, rozkołysany (linia basu bardzo mi się podoba), Steve gra wspaniale, w pewnym momencie przechodzi do przekomarzania, rytm nie odgrywa już takiej roli, Magnus się wypowiada, po czym wolta i na koniec nowy temat.

Stations zaczyna się spokojnie, trochę tajemniczo, jest to ballada, która bardzo mi się podoba.



Dim Eyes zaczyna się od solo Magnusa, potem dochodzą bębny, trąbka operuje w górnych rejestrach i nagle stateczne granie, po czym mniej więcej w połowie zmiana i mocny groove z solówką Kena. 


Compromising Emanations zaczyna się zamieszaniem, które przechodzi w głośniejsze zamieszanie. (Mnie się podoba takie granie, ale jakby spojrzeć z innej strony to jakoś bardziej zrozumiałe staje się stwierdzenie kumpeli, że właśnie od takiej muzyki tak często boli mnie głowa. Oczywiście bezzasadne.) Po czym muzyka nabiera bardziej konkretnego czy raczej korzennego kształtu.  


Deep Beige i For Derek’s Kids są zagrane razem i stanowią najdłuższy utwór na płycie. Zaczyna się ciekawym graniem perkusji, co ciekawe przez dłuższy czas nie słychać basu, choć basista jest autorem, jest spokojnie do momentu przenikliwych dźwięków zdaje się klarnetu, później znów spokój, prawie do całkowitego wyciszenia, wtedy wchodzi kontrabas, który przez dłuższy czas gra solo. Potem zawodzenie dęciaków, po czym znakomita solówka Steva Swella.


In Between Chairs jest utworem wieńczącym płytę, dużo w nim rytmu. Jest przystępny i chwytliwy, choć niekoniecznie od początku. 


Płyta jest do nabycia w Multikulti:)

Gnito

niedziela, 21 października 2012

Joy of Friendship czyli Radość z Przyjaźni/ Dariusz Herbasz


Na końcu chciałam powiedzieć, że kiedy włączyłam i przesłuchałam tę płytę po raz pierwszy pomyślałam, że Wawrzyn i Tomek zrobili nam kawał i zdobyli skądś nagranie gigantów jazzu z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych i wydali pod przykrywką. Pierwszy utwór „Prayer for peace” czyli „modlitwa dla pokoju” czy może „o pokój” budzi moje skojarzenia z Ornettem Colemanem i jego utworem „Lonley woman”. Jest przejmujący i głęboki. Najbardziej podobają mi się w nim partie fortepianu, na którym gra Piotr Mania. Drugi utwór czyli „Don Don” jest bardo rozkołysany,  można by rzec swingujący. Najbardziej podoba mi się trzeci utwór Ruffus, najwięcej w nim zabawy. Utwór czwarty, poświęcony pamięci brata autora, przywodzi na myśl kołysankę, ciepłą i kojącą. "Taniec tenorów" jest… a, sama nie wiem, podoba mi się. Płytę wieńczy T.T. Blues. Utwory są komponowane. 

Tu mnie łapie refleksja – podobno Andrzej Trzaskowski po powrocie ze Stanów stwierdził, że między jazzem amerykańskim a europejskim jest przepaść nie do przebycia. Renata Przemyk śpiewała w  którejś piosence, że w knajpie grają zbyt polski jazz. Powstał nawet film, który obejrzałam „Play your own thing” o jazzie europejskim, bardzo ciekawy. Kiedyś byłam taka mądra, że wparowałam do Frippa i stwierdziłam cała z siebie zadowolona, że dostrzegam różnicę między brzmieniem chicagowskim a nowojorskim. Byłam o tym święcie przekonana. Potem przeczytałam, że podział jazzu pochodzącego z West i East czy zachodniego i wschodniego wybrzeża to przede wszystkim zabieg komercyjny. Kategorie, podziały, dychotomia. Zdarzyło mi się również, że gdy byłam oczadzona free jazzem, gdy przyjechał Mike Reed i grał utwory z lat pięćdziesiątych byłam bardzo niezadowolona i doszłam do wniosku, że tak potrafią grać wszyscy (co nie jest prawdą). Jak żałuję, ze tego koncertu nie mogę wysłuchać dzisiaj i porównać czy dziś potrafiłabym docenić tę muzykę. Nie wchodząc w meandry roli postępu w sztuce przytoczę zdanie In, z którym w pełni się zgadzam i które podzielam – coś nowego musi wyrastać z rzeczy już znanych na zasadzie wplatania nowego w stare. Usłyszałam, że mam nie brać sobie dewizy Sokratesa do serca, ale z jazzem mam tak, że chyba nigdy nie będzie dla mnie oczywisty. Nie słyszę europejskości, polskości (i nie wiem czemu miałby to być synonim czegokolwiek) na tej płycie tylko dobre granie. 

Wawrzyn powiedział, ze w jego odczuciu muzycy inspirowali się jazzem postColtranenowskim czyli McCoyem Tynerem czy Sonnym Rollinsem. Nie znam tych dwóch muzyków za dobrze. In mówi, że Sonny R. grał długą frazą, jego ton wybrzmiewał w pełni i faktycznie tak grają Dariusz Herbasz i Tomasz Grzegorski na tenorowych saksofonach. Faktura utworów jest gęsta dzięki sekcji (Adam Żuchowski na basie i Tomasz Sowiński na perkusji).  

 Płytę znajdziecie w Multikulti;)

 A tu próbka grania lidera, nie wiem jaki jest skład zespołu, nagranie pochodzi z 2008 roku:


Gnito

środa, 16 maja 2012

Live In LA i Planet Dream

Na końcu chciałam powiedzieć, że przeczytałam książkę Trzeci Najazd Marsjan Marka Oramusa, która najwięcej traktuje o konsumpcjonizmie. Nie jestem od niego wolna – kupuję więcej płyt i książek, niż jestem wstanie przesłuchać dokładnie czy przeczytać. Co do płyt czasem zdarza mi się sytuacja, że słucham Chłopaków w radiu albo Przemka Psikuty i puszczają coś, co mnie totalnie zachwyca, po czym sprawdzam i okazuje się, że mam tę płytę, ale nie zdążyłam jej jeszcze przesłuchać. Tak było z Live in LA. To chyba przez to, że ostatnio zdarza mi się słuchać wielokrotnie, a nie wciąż tylko nowych płyt oraz wracać do i odkrywać rzeczy, o które bym się nie podejrzewała. Co do konsumowania książek kupiłam kilka ostatnio w Głośnej i trafiłam m.in. na Spór o SF Antologię sporządzoną przez trzech autorów, w tym Lecha Jęczmyka, którego bardzo cenię, choć nie zgadzam się ze wszystkimi jego teoriami spiskowymi, a wydaną w 1989 roku przez Wydawnictwo Poznańskie. Ta ciekawa książka zawiera wśród tekstów początkowych również tekst Autora, który przyrównuje miłośników jazzu do miłośników sf i głosi tezę, że te zamiłowania idą często w parze. Przedstawia podobieństwa – oba gatunki wykrystalizowały się około lat dwudziestych, miały okres świetności w latach trzydziestych i uległy gwałtownym zmianom w latach czterdziestych zeszłego wieku, oba związane są z kulturą masową, choć nie stanowią masowego środka przekazu oraz są pochodzenia amerykańskiego. Jazz niewątpliwie narodził się w Stanach Zjednoczonych, choć dziś grają go np. w Japonii czy Europie znakomicie tamtejsi muzycy po swojemu, ale czy sf powstało za Oceanem to już wg mnie dyskusyjne. Kończąc ten przydługi wstęp może napiszę o płycie, która tak mnie zachwyciła w audycji Przemka Psikuty, krótką metodą porównawczą z płytą Steva Swella Planet Dream, która mi się się z nią kojarzy prawdopodobnie ze względu na skład.
Obie płyty są znakomite. I obie zostały wydane przez wydawnictwo Clean Feed.
I na Live In LA



i na Planet Dream 



skład jest trzy osobowy, przy czym rolę sekcji spełnia sam kontrabas, na którym gra Mark Dresser na Live In LA, a Daniel Levin na wiolonczeli na Planet Dream – perkusji nie ma. Ważnym instrumentem jest też puzon i tu odpowiednio gra Glen Ferris, a na drugiej płycie Steve Swell. I wreszcie trzeci instrument to trąbka, na której gra zasłużony Bobby Bradford na pierwszej płycie oraz na drugiej saksofon, w który dmie Rob Brown.
Dla porządku podaję tytuły utworów - Live In LA to For Bradford, Purge, BBJC, Pandas Run, In My Dream, Bamboo Shoots,  Coming On I Ready to Go, a Planet Dream: Out of the Box, Not Necessarily This, Nor That, Planet Dream, Juxtsuppose, #2 of Nine, Airtight, And then They Wept, City Life oraz Texture #2.
Planet Dream jest bardzo free jazzowa, dużo jest na niej różnych dziwnych dźwięków, a może dużo eksperymentów z dźwiękami, ale zawiera dwa utwory, które są pełne melodii , prostoty i piękna, dlatego skojarzyła mi się Live In LA. Bo Live In LA to na mój gust płyta bardziej bluesowa nawet niż jazzowa, pełna melodii i choć w nietypowym składzie nagrana, wybrzmiewa doskonale. Właściwie można by ją nazwać mainstreamową i nie jest to ujma w żadnym razie. Pogawędki instrumentalne są pełne spokoju, braku popisów wirtuozowskich, choć wirtuozerii nie brak, składają się na spójną opowieść. Obie płyty mają w sobie dużo lekkości, każda na swój sposób. I obie dla mnie mają jeszcze coś wspólnego – słucham ich bardzo często. 
A, obie są do nabycia w Multikulti:)

Gnito

niedziela, 15 kwietnia 2012

„Pin-up Princess” Kasia Groniec


Na końcu chciałam powiedzieć, że dokonałam interpretacji nowej piosenki Katarzyny Groniec „Kosmonautka”.  Niech to będzie taka recenzja. Tekst podkreślony kursywą to jest to, co myśli bohaterka liryczna piosenki, ale ściemnia bardziej metaforycznie, bo jest delikatną kobietą. Ale interpretacje muszą być wprost. Piosenka bardzo fajna, a moje ulubione z tej płyty to „Podaj dalej”, „Stare babki”, „Już nie palę”, „Skleroza”, ciągle z Co słuchamy i śpiewamy. To chyba świadczy, że dobra płytka.

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

już na orbitę nie mam szans
już na orbitę nie mam szans

już nie zobaczę Ziemi stamtąd
już nie zobaczę jak mi stanął

zostaje mi przyziemny lans
zostaje mi twoje chrapanie

Ziemny lans kochanie
Borsucze chrapania koszmarze 

nie orbitowanie
nie orbitowanie

nie orbitowanie
nie orbitowanie

zostanie
zostanie

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

na Księżyc nie mam żadnych szans
na orbitowanie nie mam żadnych szans

i nie zostawię śladu tam, bo
w mojej rakiecie silnik zgasł
i nie będę nawet próbować
bo jak na ciebie patrzę to

Silnik zgasł kochanie
Nigdy już mi nie stanie kochanie

raczej tu zostanę
no raczej

raczej nie dam nura
na Uran
kwestia rozpatrzona
nigdy więcej

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

Już nie zostanę kosmonautką
Już zostałam impotentem

Didaskalia In, tekst Katarzyna Groniec

Ps Już mamy odpowiedź co to jest myśl postseksualna. Gnito

sobota, 14 kwietnia 2012

„The Wrong Vampire” Baaba and The Fearless Vampire Killers





Na końcu chciałyśmy powiedzieć, że żeby nie było, to podajemy skład zespołu:
Bartosz Weber – guitar, synths, percussion
Piotr Zabrodzki – bass, synths, turntables, backing vocals
Macio Moretti – drums, percussion
Tomasz Duda – bass clarinet, saxophones, flute, coin
Małgorzata Sarbak – harpsichord
Natalia Przybysz – voices, cello

Tytułów nie podajemy, bo zmieniamy je na potrzeby recenzenckie. Są to nasze InCoPresje czy InCoRażenia na temat dwunastu utworów, które znajdują się na płycie.

1. „Pobudka Wampira Mozarta”
Otwiera się trumna i widzimy Mozarta, który się budzi. Przeciera oczy. Siada. Po chwili znowu się kładzie. Nastawia budzik na za pięćdziesiąt sekund.


2. „Lot nad miastem”
Kiedy Mozart dochodzi do siebie, zamienia się w nietoperza i sobie lata beztrosko nad miastem. Jest bardzo szczęśliwy. Rozpościera skrzydła na maksa i lata z krukami. Razem latają. Dołączają się wróble i gołębie. Wszyscy lubią Mozarta.

3. „Wampir Mozart głodnieje”
Mozart jest bardzo głodny. Myśli o tym, gdzie by coś zjeść. Burczy mu w brzuchu.


4. „Pobudka Wampira Beethovena”
Mozart idzie na cmentarz i budzi Beethovena. Ten nie chce wstać, ale Mozart zabiera mu kołdrę. Beethoven wstaje w złym humorze. Mozart i Beethoven lecą razem pięć centymetrów nad ziemią. Mają długie płaszcze przeciwdeszczowe. Lecą i wystają im kły. Mają przekrwione oczy. Są bardzo głodni.


5. „Koncert Wampira Mozarta i Wampira Beethovena”
Mozart i Beethoven wlatują do Filharmonii. Dają koncert. Mozart gra na bębnach, a Beethoven na organkach, które zwinął z zabawkowego. Ze wszystkich stron schodzą się ludzie.

6. „Ćwiczenia z bycia Wampirem”
Mozart puszcza muzę z playbacku. Ludzie dalej schodzą się na salę. Mozart i Beethoven idą do toalety. Ćwiczą przed lustrem miny. Na początku przeginają się oboje i wcale nie są straszni. Mozart za bardzo się stara.  Ale Beethoven mu pokazuje jak być Wampirem i potem im bardzo dobrze idzie, aż sami zaczynają się siebie nawzajem bać i uciekają w popłochu z toalety.

7. „Druga część koncertu”
Aby się rozluźnić Mozart i Beethoven grają sobie znowu. Mozart miksuje. Beethoven akompaniuje mu na organkach.

8. „Skoki nad salą”
Sala jest wypełniona po brzegi zamulonymi ludźmi. Mozart i Beethoven skaczą po sali i się cieszą. Ludzie wpatrują się w nich jak urzeczeni. Ludzie uśmiechają się do Mozarta i Beethovena. Wszyscy się świetnie czują i bawią.

9. „Obiad”
Na sali się ściemnia. Panuje półmrok. Beethoven zapala świecę zapachową na środku. Potem z Mozartem wypijają ze wszystkich krew.

10. „Pościg”
Policja wszczyna pościg za Beethovenem i Mozartem. Policja zaopatrzona jest w siatki, które nie są ze sznurków, ale z elastycznego srebra. Zaganiają Mozarta i Beethovena w zaułek. Ale Mozart i Beethoven zamieniają się w nietoperze i odlatują. Przechodnie próbują pomóc policji i rzucają w Mozarta i Beethovena cebulą i czosnkiem. Ale nie trafiają. Kompozytorzy uciekają.

11. „Dyska”
Mozart i Beethoven trafiają na dyskotekę. Tańczą z dwiema blondynkami w białych kozaczkach. Mozart się fajnie rusza. Beethoven jest trochę sztywny i tańczy na jednym kroku ruchem posuwistym, z prawa do lewa i z lewa do prawa.

12. „Miłość Mozarta i rozczarowanie Beethovena”
Imprezka przenosi się na pomost nad jeziorem. Mozart zakochuje się w Blondynce nr. 1 i przemienia ją w wampirkę. Tańczą razem, a potem odlatują. W tle pełnia księżyca. Gorzej u Beethovena. Nie słyszy on, co Blondynka nr. 2 do niego mówi. Blondynka nr. 2 się bardzo wkurza i idzie z powrotem na dyskę. Beethoven siada na pomoście. Myśli sobie, że głupia baba. Wystawia kły i odlatuje w siną dal. 


(recenzja, Co: rysunki and In: tekst)  


wtorek, 13 marca 2012

Ellery Eskelin/ Andrea Parkins/ Jim Black Arcanum Moderne i PS

Na końcu chciałam powiedzieć, że faktycznie lubimy piosenki, które znamy. Jest tak, że kilka płyt działa na mnie pozytywnie, gdy myślę negatywnie. (Dobra na endorfiny jest tez czekolada, ale z nią nie należy przesadzać:) Opisywana płyta jest jedną z nich.

Nagrana 31 maja 2002 w Nowym Jorku, wydana została przez wydawnictwo Hatology / Hat Hut i ma dopisek: file dunder: Jazz/ Free Improvisation. Nie jest to jedyna płyta w dorobku tego składu, wszystkie są godne polecenia. Liner notes napisał sam Ellery Eskelin. 

Grają Ellery Eskelin na tenorowym saksofonie, Andrea Parkins (tórą Word koniecznie chce przerobić na parking) na akordeonie, fortepianie oraz sampluje, a Jim Black na perkusji. Oni zawsze piszą drums and percussion, a ja jeszcze nie wiem jaka jest różnica.  

Płyta składa się z sześciu utworów: 1. It’s a Samba, 2. 43 RPM, 3. Five Walls, 4. For No Good Reason, 5. Half a Chance i Arcanum Moderne.

To jest samba jest bardzo radosnym rozkołysanym utworem, w którym perkusja wymiata. Temat przewodni jest bardzo melodyjny i chwytliwy. Jest tu czysta przyjemność z grania, nie ma rutyny. Nawracający temat narasta i rozwija się ciekawie.

43 RMP zaczyna się długą frazą saksofonu i towarzyszeniem perkusji oraz akordeonu (chyba). Potem nagła zmiana frontu, mała burza, coś się dzieje, niepokój i powrót do przeszywających długich fraz na saksofonie. Taka jest konstrukcja utworu. Poniżej wersja koncertowa, która brzmi jednak inaczej.



Pięć Murów zaczyna się tajemniczymi dźwiękami i cały utwór jest bardzo tajemniczy.

Żywsze dźwięki rozpoczynają Bez wyraźnego powodu, żeby zmylić słuchacza. Mam wrażenie, że to najbardziej improwizowany utwór na płycie. Ale po tych różnych gamach i trzaskach wkracza fortepian i saksofon, żeby się odnaleźć i znów pogubić. I tak się szukają.  

Połowiczna szansa jest trochę absurdalna. Melodia się rozwija i nie rozwija, żeby w końcu utworu rozwinąć się pełnią barwy dźwięku.

Arcanum Moderne jest najdłuższym utworem na płycie (całość liczy 67:35 minut) i jest spokojnym utworem, który jest bardzo piękny.  

Eklery Eskelin wydał ostatnio nową płytę i czekam aż dotrze do Polski. Dlaczego czekam, aż płyty ukażą się w Polsce? Bo kurczę, do piernika. Mamy rynek światowy, ale już Karl Popper pisał, że w społeczeństwie otwartym najlepiej jest działać lokalnie. Owszem, można wspierać rynki ościenne, ale może czasem warto zainwestować czas i pieniądze w to, żeby mieć tez swoje. Możemy się silić na słaby angielski, ale po co? Inaczej z tymi, dla których angielski staje się drugim językiem, wtedy to ma sens.

Gnito

PS Może dodam jeszcze kilka słów, na koniec oczywiście. Absolutnie nie chcę ingerować w niczyją wolność wyboru. Sama, zanim dojrzałam do pewnych wniosków, korzystałam z ofert różnych sprzedawców, w tym sprzedawcy „samo zło” czyli Empiku. I czasem, kiedy trzeba ściągnąć obcojęzyczny tytuł u nich jest to prostsze.
Nie wiem, może niektórzy potrafią zachować umiar. Ja nie potrafiłam. Kiedy odkryłam blog Stefa Free jazz i pokłady nowości – oszalałam. Odkryłam Jazzloft, odkryłam Squidco. Odkrywałam od hm hm strony. Dopiero potem przyszło zainteresowanie historią jazzu i książki – ładnie teraz wydana Historia jazzu Andrzeja Schmidta, kiedyś w trzech tomach, Wszystko o jazzie Joachima Ernsta Berendta (dzięki Laurence:), anglojęzyczna historia jazzu, której autora nie mogę sprawdzić, bo In mi zakosiła i ten sam przypadek z Polską historią jazzu, z której dowiedziałam się ze smutkiem, że Kornel Makuszyński jazzu nie znosił. A, i U brzegów jazzu Leopolda Tyrmanda. To wszystko mało, ta historia wciąż się toczy, nie napisano jeszcze wyczerpującej pracy na temat free jazzu, już mamy free improv, a ja wciąż nie wiem, co to do końca jest avant jazz. Ale słucham:)
Wracając do tematu wyboru. Wiem, że wydano dwie nowe płyty w wydawnictwie Not Two. I już mnie korci niesamowicie, żeby lecieć po nie. Ale one przecież nie znikną od razu. Płyty jazzowe nie są wydawane w dużych nakładach i te nakłady się wyczerpują, ale nie znikają na pniu. Niestety. Czasami niektóre płyty w ogóle do Polski nie trafiają – tak chyba jest z wydawnictwem Screwgun, które wydaje Tima Berne’a. Ale za to Tim Berne pojawił się w ECM i ma dobre recenzje. (Do tej pory się zastanawiam dlaczego nazwał swoją grupę Big Satan?) Rob Mazurek wydał swoją nową płytę w Brazylii, tak zrobił, ponoć nawet w Stanach mają problem z dystrybucją, ale nadal dostępne są jego płyty wydane choćby w Delmarku.
Nie sposób ogarnąć wszystkiego. Choćby finansowo. Ale czasowo też. I psychicznie. In się dziwi, że ja jazzu słucham i to dużo różnych rzeczy. A to dla mnie chaos oswojony. I konsekwentny. I otwarty. I na koniec znowu mi wyszło nie na temat:)   

Peter Brötzmann Chicago Tentet Images

Na końcu chciałam powiedzieć, że na temat Tentetu napisano już mnóstwo i każdy szanujący się fan jazzu zaznajomiony jest z tematem. Ale nie wszyscy muszą wiedzieć, że w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku do starego wygi (inaczej Artysty) jakim jest Peter Brötzmann podeszło dwóch młodych muzyków i zaproponowało mu tworzenie zespołu. Byli to o ile się nie mylę Ken Vandermark i Mars Williams. Po dłuższym wahaniu Peter się zgodził. Potem Ken Vandermark dostał nagrodę MacArthura, zwaną nagrodą dla geniuszy (czego wielu mu do tej pory nie może wybaczyć) i sfinansował za to dwa lata działalności Tentetu i wydanie jego płyt. Proszę mnie poprawiać jeśli się mylę.

Na początku Tentet grał utwory komponowane (poniżej piękna kompozycja Michaela Zeranga Aziz z niedostępnego już dwupłytowego albumu).

Z tego okresu (komponowanego) pochodzi płyta Images nagrana w Szwecji w listopadzie 2003 roku, a wydana przez wydawnictwo Okka w 2004 roku. Obecnie muzyka Tentetu jest improwizowana, muzycy mają w zwyczaju przemieszczać się po scenie i choć nadal to ciężkie granie, jest dość przystępne. Ale jak to określiła kumpela - muzyka Petera Brötzmanna to przemoc w białych rękawiczkach albo koronkowa robota w rękawicach drwala. Więc różne są poglądy na sprawę.

Na płytę składają się dwa utwory: pierwszy to kompozycja Kena Vandermarka All the things being equal (for Robert Rauschenberg), a drugi to kompozycja Petera Brötzmanna Images. W tamtym czasie w zespole grali Joe McPhee na trąbce, Jeb Bishop na puzonie, Ken Vandermark na klarnetach i saksofonach, Mats Gustafsson na tenorowym i barytonowym saksofonie, Mars Williams na altowym, tenorowym i sporanowym saksofonie, Peter Brötzmann na saksofonach, klarnecie i tarogato (nie wiem co to jest), Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli, Kent Kessler na kontrabasie, Michael Zerang i Hamid Drake obaj na perkusji. Teraz skład się trochę zmienił. Np. Hamida Drake'a zastąpił Paal Nilssen-Love.

Ale o płycie. Wystarczyłoby powiedzieć, że jestem nią zachwycona i swojego czasu słuchałam jej na okrągło. Nie, nie wystarczy. Jest bardzo przystępna, chyba najbardziej z wysłuchanych przeze mnie dotychczas płyt zespołu. All the things being equal zaczyna się fanfarami, a potem przechodzi w bardzo plemienne granie. Duża w tym zasługa sekcji. Jest to jeden z najpiękniejszych utworów jakie znam.
Images zaczynają się niewinnie i niepozornie. Stroi się Tentet, przebijają głosy dęciaków. Zaczyna sączyć się blues, potem jest tajemnica i fragmenty ciszy, a w tym delikatne dźwięki saksofonu, którego dźwięk narasta i tu chyba gra Ken Vandermark, a tu nagle Mats Gustafsson na barytonie i wkracza współczesna cywilizacja. Potem sam Peter chyba na klarnecie, następuje wyciszenie, potem znów kaskada dźwięków - utwór jest przeciekawy. Polecam zdecydowanie tę płytę.  



Multikulti - tu możecie nabyć płytę. Jak wklejam link i on wygląda tak samo to jeszcze nie znaczy, że nic się pod tym nie kryje:) - kieruję bezpośrednio do płyty, a tam często są recenzje i można porównać jak piszą ci, którzy się tym zajmują na co dzień. 
Peter Brötmann w WikiTentet na stronie PaalaO koncercie tentetu w Poznaniu na Stronie NWA (na którym byłam, a bilet mam przed sobą na biurku i patrzę na niego)

Gnito

Tim Daisy i Ken Vandermark The conversation

Na końcu chciałam powiedzieć, że czasem wszystko jest lepsze od nauki i spania. A najlepsze są rozmowy takie do piątej rano, dobrze jak bezalkoholowe, bo nie zawsze udaje się zachować umiejętność picia z umiarem i wychodzą później różne bełkoty. Ale kto prowadził na trzeźwo rozmowy do rana wie o czym mówię.

Porozmawiać postanowili dwaj muzycy ze sceny chicagowskiej w Chicago, szóstego maja 2010 roku i trzeciego marca 2011 roku. Z rozmów tych powstało pięć utworów: 1. Pasfoto, 2. 4 North, 3. Impasto, 4. Anthology Moves i 5 Fifty Cent Opera.

Ken Vandermark gra na klarnetach i tenorowym saksofonie, a Tim Daisy na perkusji. Płyta jest pięknie wydana przez wydawnictwo Multikulti (okładkę zaprojektował Marek Wajda), a na moim egzemplarzu mam nawet podpisy muzyków, a Ken napisał mi coś takiego: Each time! Next time! (oczywiście wybieramy się na Resonance).

Może wyjaśnię, że bardzo długo musiałam się przekonywać do płyt, na których grało tylko dwóch muzyków, o solowych już nie wspominając. Ten sam problem miałam z orkiestrami jazzowymi (nie do końca chodzi mi o big bandy, jeśli ktoś ma wątpliwości zapraszam do dyskusji). Na szczęście ten etap mam już za sobą i mogę się cieszyć przekomarzaniem Tima i Kena.

Pierwszy utwór jest gawędą. Tim podaje rytm, a Ken swobodnie opowiada ploteczki z miasta. Ot, coś się wydarzyło, ale wszystko jest dobrze, słońce świeci. Troszkę polityki, ale nie za dużo, raczej lokalne historie. Tim znakomicie bębni. Bardzo fajnie się słucha tej opowieści.

Drugi utwór jest już na bardziej poważne tematy. Zaczyna się znakomicie i takoż rozwija. Tu Ken się trochę złości na kondycję świata, a Tim trochę się z nim kłóci, ale raczej mu wtóruje. Nie jest to furia, ale wypowiedź jest zdecydowana i dobitna. Po dłuższej odpowiedzi Tima, Ken trochę łagodnieje, za to Tim się wzburzył i w pewnym momencie obaj się już nakręcają. Jak to w dyskusji.

W trzecim utworze Ken gra tak jak najbardziej lubię. Bajkowo. Wróbelek Ćwirek - mówi to coś komuś? To taka bajka o wróbelku, który ogląda wciąż bocianie nogi i wadzi się ze światem.

Co może znaczyć, że antologia się przemieszcza? Niewątpliwie rozmawiają o współczesnej literaturze. Ale nie mogą pominąć klasyki. A tam, na pohybel z klasyką.

Najdłuższy utwór na płycie (19:46 minut) zaczyna się bardzo spokojną przemową Kena na klarnecie. Po chwili dołącza Tim. Panowie rozmawiają. Nikt tu nikogo nie przekonuje do swoich racji. Nie ma też bezkrytycznego potakiwania. Rozmowa jest dość zwariowana, ale spokojna, momentami wzruszająca, a muzycy wyraźnie się nią bawią.  

Miałam okazję być na koncercie obu Panów w Dragonie (to wtedy podpisali płytę). Koncert jak zwykle znakomity. Może zostanie wydany. Z ploteczek wiem, że nagrane zostały koncerty Kena Vandermarka z Paalem Nilssenem-Love (dwa dni koncertów, również w Dragonie), które ukażą się na winylu, więc już teraz zbieram na gramofon:)  (a zbieram na ten gramofon od czasu wydania winyla The light on the wall i pięknego prezentu w postaci winyla Petera Gabriela)
Płytę możecie nabyć w Multikulti:) 

Gnito